Barbara Wrzesińska - aktorka

Forum poświęcone twórcom dubbingu: reżyserom, dialogistom, dźwiękowcom, montażystom itd.
Zbigniew Dolny
Prawdziwy ekspert
Posty: 408
Rejestracja: 15 gru 2011, o 01:28

Barbara Wrzesińska - aktorka

Post autor: Zbigniew Dolny » 6 sie 2025, o 09:06

Barbara Wrzesińska
(15.01.1938)
Obrazek
Barbara Wrzesińska (foto Maciej Grochala)

Zbigniew Dolny - Pani Barbaro, skończyła pani liceum i...

Barbara Wrzesińska - Nie skończyłam, oblano mnie i to z przedmiotu w którym byłam najlepsza, z języka polskiego. Pisałam temat: „Znaczenie renesansu dla współczesnej polskiej kultury”. Skończyłam pisać pół godziny przed czasem. Przed szkołą czekał na mnie ojciec, który był prymusem we wszystkim, musiałam mu zdać relację co tam napisałam. Ojciec mi pogratulował a tu nagle okazało się, że oblałam. Ojciec poprosił w szkole by mu pokazano moją pracę. Moja polonistka wtedy „stanęła w płomieniach”. Nazywała się, do dziś to pamiętam – Bombalina, była wybitną polonistką z olbrzymią wiedzą. W tamtych czasach w szkole był wymóg, że przed maturą, w sekretariacie składało się pismo w jakiej szkole chce się później studiować. Ja podałam biologię i filologię polską. Koleżanką mojej profesor Bombaliny była wielka aktorka przedwojenna Zofia Małynicz. W szkole miałyśmy kółko teatralne i moją pierwszą rolą była rola Armandy w „Uczonych białogłowach” Moliera. Nie byłam specjalnie zainteresowana teatrem i graniem, aż tu nagle pani Małynicz przywiozła nam z magazynu Teatru Polskiego prawdziwe kostiumy. Piękne krynoliny, pachnące potem, szminkami, perfumami – zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Do dziś pamiętam ten dreszcz podniecenia, kiedy przymierzałam ten kostium. Postanowiłam zdawać do szkoły aktorskiej. Wtedy zmieniłam w moim podaniu filologię polską na szkołę aktorską. Kiedy ojciec udał się do szkoły, to zorientował się, że była to manipulacja. Moja nauczycielka miała nadzieję, że zostanę prozaikiem a ja wybrałam szkołę aktorską.
Ojciec dał mi jedną radę:
- To już nie są czasy, kiedy rodzice wybierają dzieciom kierunek studiów. Możesz zostać kim chcesz: fizykiem, chemikiem tylko broń Boże nie aktorką.
Matura oblana, kółko teatralne zostało rozwiązane a przedstawienie odwołane. Postanowiłam zdawać do szkoły aktorskiej a jak się nie dostanę to będę zdawała na chemię.
Mieszkaliśmy wtedy na osiedlu WSM-owskim. Ojciec, który był w zarządzie spółdzielni i nadzorował budowę tych osiedli, w ostatnim rzucie już na Mokotowie wziął sobie jedno z najmniejszych z możliwych mieszkań – 42 m. Dwa pokoiki a było nas pięcioro, matka, ojciec i trzy siostry. Rodzice mieszkali w dużym pokoju, który był jadalnią a my w drugim pokoiku. Ale byłyśmy szczęśliwe. Kiedy już tam zamieszkałyśmy to ojca wsadzili do więzienia za AK, Szare Szeregi i Baden-Powelowski skauting, który ojciec zakładał w Warszawie. Ojciec zawsze mi wpajał : „Masz za wszelką cenę robić to co lubisz, to co chcesz ale pod jednym warunkiem: nie wolno Ci nikogo zranić i skrzywdzić. Wszystko robisz na własny rachunek.” Wracając ze szkoły z siostrami spotykałyśmy często państwa Łapickich, którzy mieszkali wtedy na Karłowicza. Obok naszego domu był EMPIK gdzie inteligencja chodziła na kawę i czytanie zagranicznej prasy. I tu też często spotykaliśmy Łapickich. Trwają egzaminy, siedzę na korytarzu i widzę kto jest w komisji. Był tam schorowany Zelwerowicz, którego wnoszono na takim fotelu lektyce, był już głuchy i głośno mówił, słyszeliśmy go na korytarzu. Byli tam jeszcze Aleksander Bardini, Jan Kreczmar, Jerzy Kreczmar, prof. Jan Białostocki, Janina Romanówna, która przez jakiś czas była opiekunką naszego roku, był tam też Kazimierz Rudzki i Andrzej Łapicki. Egzaminy wtedy trwały przez tydzień. Ostatniego dnia zdawała Warszawa. Ja jednak siedziałam pod drzwiami sali egzaminacyjnej przez cały tydzień, słuchając co opowiadali wychodzący z egzaminu:
- Pukasz, oni mówią „Proszę”, wchodzisz, oni mówią – proszę stanąć w tym kółku, które jest narysowane kredą na podłodze. Za plecami komisji stoją studenci wyższych roczników a członkowie komisji cały czas piją herbatę czy kawę i mieszają ją łyżeczkami. Co jest przykre bo strasznie przeszkadza zdającym. Pytają – jak się nazywasz, ile masz lat i jaki masz repertuar. Trzeba było przygotować fragment prozy współczesnej, fragment klasyki, wiersze i trzeba przedstawić zadanie aktorskie, które komisja zadaje na poczekaniu. W południe komisja udawała się do bufetu na obiad. Zobaczyłam idących Rudzkiego z Łapickim, odważyłam się podejść do nich i spytałam czy mam szansę zdawać do szkoły skoro oblałam maturę. Oni na to, że we wrześniu jest poprawka więc mam szansę zdać. A ile masz lat? – spytali. 16 – odpowiedziałam. To ich zaciekawiło. Poradzili mi wejść jako ostatniej ostatniego dnia. Kiedy w końcu wyszedł student i spytał czy jest ktoś jeszcze – cieniutkim głosikiem oznajmiłam – Jeszcze ja jestem. Zapukałam, nie czekając na słowo „proszę”, wpadłam, stanęłam w tym kółku, powiedziałam jak się nazywam, ile mam lat i że oblałam maturę i pan Łapicki i Rudzki pozwolili mi zdawać. To zaciekawiło komisję, przestali dzwonić tymi łyżeczkami w kubkach. Proszę przedstawić swój repertuar. Zaczęłam od prozy Żeromskiego – od „Nagiego bruku”. Tekst był o strajku a my byliśmy w szczytowym okresie stalinizmu (to był rok 1954). Było tam takie zdanie:
-„... Pieśń o czerwonym sztandarze zlatywała z ich warg zdrętwiałych i rwała się raz wraz. Co ją ze zduszonej piersi wysiepali jak obosieczny miecz – co wyrzucili strofę spomiędzy zwartych zębów, to się nagle rozsypała, jak lotny piach, w luźne wyrazy, w tony i dźwięki...”
Zobaczyłam jak Zelwerowicz nachylił się do Bardiniego i powiedział: Głos ma jak dzwon! Myślę, no chyba nieźle.
- Czy możesz powtórzyć to jeszcze raz?
Chcieli sprawdzić czy potrafię to tak samo powtórzyć. Powtórzyłam jeszcze głośniej.
Mówiłam też wiersz Jerzego Jurandota, który w teatrze Syrena recytowała Stefcia Górska
– „...Inne czasy, proszę pani, inne czasy,
nie dla ludzi, proszę pani, naszej klasy...”

i mówiła to teraz szesnastolatka z końskim ogonem. Teksty do egzaminu wybrałam zaiste dziwne jak na tak młodą osóbkę. Recytowałam też piękny wiersz z „Bezgrzesznych lat” Kornela Makuszyńskiego, jest on o starym panu, który przyjeżdża do małego miasteczka gdzie chodził do szkoły. Na ratuszowej wieży widzi stary zegar i wspomina:
„...A czy pamiętasz, jak mnie rozpacz dzika
Zdjęła, gdy stary wziął cię Izaak,
Gdyś hebrajskiego uczył się języka.
By mnie nakarmić?
O, tak, o tak, o tak!...”
Była to jakby rozmowa z zegarem. Wiersz kończył się taką zwrotką:
„...O, jak to dawno, Sokratesie stary!
Złamanym skrzydłem tłucze ślepy ptak...
Serca się psują, psują się zegary,
Wszystko umiera.!...
O, tak, o tak, o tak!...”

Na to wstaje Bardini i pyta – A kto ci taki cudny repertuar wybrał?
- No, ja sama.
- Ale przecież to wszystko są męskie teksty, to mówi facet, który stoi nad grobem i wspomina swoje życie. Ktoś ci to doradzał?
- Nikt. Ja to po prostu tak czuję.

Obrazek
Kadr z filmu "Dwoje z wielkiej rzeki" Barbara Wrzesińska i Bogusz Bilewski, 1958

Później czekał nas dwutygodniowy obóz przygotowawczy w Dziekance. Obóz też zaliczyłam i rozpoczęłam studia. Byłam na roku z Romkiem Wilhelmim. Wszyscy moi koledzy z roku byli ode mnie o 2 lub 3 lata starsi. Na jednym z pierwszych zajęć, pamiętam jak Basia Pietkiewicz recytowała „Powrót taty” Mickiewicza:
- "...Tato nie wraca; ranki i wieczory
We łzach go czekam i trwodze;
Rozlały rzeki,
( - na to dziewczyny : plum, plum, plum, plum..)
pełne zwierza bory (– chłopcy – UUUUUU)
I pełno zbójców na drodze"... (– okrzyki – no, ty! Tam!...)
Wtedy pomyślałam – Boże, jakie cudne studia. Była to pierwsza szkoła, która mi się naprawdę spodobała. To było to!

Obrazek
Barbara Wrzesińska (foto Maciej Grochala)

Kiedyś na zajęcia wszedł Bardini i pyta: Która to Wrzesińska? To ty mówiłaś tą pieśń o czerwonym sztandarze? I ty chciałaś iść na estradę?
(Wyjaśnię, że wtedy w szkole były dwa wydziały – aktorski i estrada. Ja chciałam iść na estradę bo zawsze chciałam rozśmieszać ludzi.)
Na estradę to ty się nie nadajesz – ciągnął dalej – ale nadasz się na heroinę. (Wiedziałam kim jest heroina – o narkotyku wtedy jeszcze nie słyszałam.) Przenoszę cię na wydział aktorski. Będziesz miała dobrych profesorów. Będę cię uczył ja i Janina Romanówna. A teraz naucz się wiersza Broniewskiego, który jest parafrazą „Romantyczności” Mickiewicza – „Ballady i romanse”. Wiersz o młodej, żydowskiej dziewczynce, która błąka się samotnie po gruzach.
„... „Słuchaj, dzieweczko! Ona nie słucha...
To dzień biały, to miasteczko..."
Nie ma miasteczka, nie ma żywego ducha,
po gruzach biega naga, ruda Ryfka,
trzynastoletnie dziecko.
Przejeżdżali grubi Niemcy w grubym tanku.
(Uciekaj, uciekaj, Ryfka!)
"Mama pod gruzami, tata w Majdanku..."
Roześmiała się, zakręciła się, znikła...

- Nie mogę dalej mówić. Wzruszyłam się. To jest genialny wiersz. Nie wiem dlaczego teraz już prawie zapomniany. Broniewski, Gałczyński i Tuwim to nasi najwięksi, genialni lirycy. Dlaczego to wspominam – to były wiersze, które mnie kształtowały. One były moim sterem i busolą życiową. Kiedy nauczyłam się tego wiersza to byłam gwiazdą w szkole. Okazało się, że to nie jest tylko to czego się tam człowiek uczy ale po prostu człowiek odnajduje siebie w różnych rzeczach. To wędrówka po sobie, po swoim wnętrzu. Moja mama miała takie powiedzenie: „Każdemu to, na czym mu mniej zależy”. I tak było ze mną. Ponieważ ta szkoła była jedyną szkołą, którą byłam zachwycona, to w połowie drugiego roku dostałam wiadomość, że mam się zgłosić do sekretariatu Teatru Współczesnego Erwina Axera. Był zwyczaj zapraszania studentów szkół aktorskich na wszystkie premiery teatralne, wtedy byłam na premierze „Kordiana” w Teatrze Narodowym z Tadeuszem Łomnickim w roli Kordiana. Była to późna jesień a ponieważ ja jestem zmarźluchem, byłam tam w pięknej pelerynie do ziemi ze złotymi guzikami, które odziedziczyłam po dziadku, który był w japońskiej niewoli. Miałam też długi do ziemi szalik w barwach francuskiej flagi, którego mi wszyscy zazdrościli. I na tej premierze zgubiłam ten szalik. Kiedy szłam do Axera myślałam, że chyba znaleźli ten mój szalik. Taki to wtedy infantylny sposób myślenia miałam. Axer pyta: kiedy się urodziłaś? Mówię: 15 stycznia 1938. Ktoś obok Axera szepcze: to dzień urodzin Wyspiańskiego. Ona jest jego siostrą astrologiczną. Axer: A wiesz dlaczego cię tu zaprosiliśmy? – Chyba chodzi o ten szalik co zgubiłam. Słyszę jak on pyta – czy ona jest normalna? Tak to się zaczęło. Zdając maturę miałam 16 lat a kiedy zadebiutowałam w Teatrze Axera u starego reżysera Stanisława Daczyńskiego, miałam lat 18.

Obrazek
Barbara Wrzesińska (foto Maciej Grochala)

Przygotowywano wtedy „Zaproszenie do zamku” Jeana Anouilha i Axer zaproponował mi główną rolę w tym przedstawieniu. W Paryżu grała ją Brigitte Bardot, która była tylko ciut starsza ode mnie. Było to o młodziutkiej tancerce, która przyjeżdża zaproszona do zamku ze swoją matką. Łapicki grał bliźniaków: Horacego i Fryderyka a profesor Perzanowska grała właścicielkę tego zamku. Akcja tej komedii była dość błyskotliwa, był to taki moralitet coś w rodzaju „Kandyda” Woltera. Na mój angaż oburzył się strasznie mój rektor Jan Kreczmar – co to za gwiazdorstwo w naszej szkole! Jan Kreczmar w przeciwieństwie do swojego brata Jerzego, był osobą bardzo sztywną, zasadniczą. Usunięto mnie wtedy ze szkoły. Byłam jedyną, chyba do tej pory osobą w Polsce, która została usunięta ze szkoły za to, że zagrała główną rolę w teatrze. Co prawda, byli aktorzy relegowani ze szkoły ale za to, że zagrali w filmie. Za zagranie roli w teatrze byłam jedyną.
Ironią losu jest to, że w późniejszych latach Jan Kreczmar był moim partnerem w teatrze i dubbingu. Graliśmy np. razem w „Kto się boi Virginii Woolf” we Współczesnym w reżyserii Jerzego Kreczmara. Jan był tam mężem Antoniny Góreckiej a ja grałam tą młodszą parę w duecie z Andrzejem Antkowiakiem. Później widziałam to przedstawienie w Los Angeles, w teatrze gdzie w roli Marty wystąpiła Glenda Jackson a jej partnerem był John Lithgow, ale najlepszą Martą jaką widziałam była Madeleine Robinson w paryskim wystawieniu tej sztuki. W dubbingu byłam kilkakrotnie obsadzana w roli kochanki Kreczmara, czy to w „Julio jesteś czarująca” czy „Zbrodni doskonałej?”.

Obrazek
W studio dubbingowym. "Pogoda dla bogaczy" z prawej: Barbara Wrzesińska i Krzysztof Kolberger

ZD - Jak to się stało, że trafiła pani do dubbingu?

BW - Nie pamiętam już jaka była moja pierwsza rola w dubbingu, ale chodziło wtedy prawdopodobnie o to, że potrzebowano osoby bardzo młodej, dziewczyny z temperamentem, która miała szybko reagować na podane kwestie z czym nigdy nie miałam kłopotu. Wtedy było tak, że wszyscy aktorzy oglądają razem film nad którym mają pracować, później reżyser mówił co go w której postaci interesuje, zwracał uwagę na język, często było tak, że przy trudnych filmach czasami lepiej było odejść od dokładności ściśle matematycznej na rzecz przekazania uczuć. Tą uwagę szczególnie wzięłam sobie do serca. Zawsze uważnie wpatrywałam się w twarz aktorki, którą dubbingowałam. Np. u jednej z takich aktorek zauważyłam, że przed wypowiedzeniem jakiejś trudnej kwestii, przełykała ślinę. Próbowałam podobnie to robić. Szukałam swoich sposobów na tą rolę. Dubbingowałam Emmanuellę Riva w „Teresie Desqueyroux” i okazało się, że mam taki sam głos jak ona. Dubbing bardzo mi pomógł i nauczył mnie pracy w teatrze. Kiedyś mieliśmy w teatrze próby czytania tekstu i czasami trwało to i trzy tygodnie. To pomagało mi w opanowaniu tekstu na pamięć i znajdowaniu w sobie tego co jest tak istotne w dubbingu – wiarygodności. Tego, że mój głos pasował do twarzy dubbingowanego aktora. Głos może nawet być inny w kolorystyce, ale musi oddawać te uczucia, które widzimy na ekranie. Aktorka występująca w filmie jest interesująca a ja mam tylko głos by się do niej zbliżyć, wydobyć te uczucia które ona gra na ekranie. Przynajmniej w środku musimy być takie same. To jest to co się strasznie przydaje w teatrze.
W 1960 r w dubbingu u Jerzego Twardowskiego zagrałam Tosię w rosyjskim dramacie „Czekajcie na listy”. Twardowski był reżyserem, który lubił peszyć aktora, często rzucał złośliwe przycinki, był uszczypliwy. Był to jednak bardzo inteligentny i fajny mężczyzna. Jerzy Twardowski po latach powierzył mi rolę Gittel granej przez Shirley MacLaine w filmie „Dwoje na huśtawce”. Dużą sympatią darzyłam Seweryna Nowickiego, miły, starszy pan z którym świetnie mi się współpracowało.
Naczelnym redaktorem w SOF w Warszawie była Elżbieta Łopatniukowa, pani z której emanowało dobro i ciepło. Osoba o wielkiej erudycji. Mówiłam do niej Elżuniu i byłam, jak sama mówiła, jedyną osobą która tak się do niej zwracała. Takich osób już nie ma.
W 1963 roku odnieśliśmy ogromny sukces dubbingując film „Julio jesteś czarująca” z Lilli Palmer. Wiele się wtedy o tym dubbingu mówiło, powstało wtedy określenie polska szkoła dubbingu. Reżyserowała ten film niezapomniana Zofia Dybowska-Aleksandrowicz a grałam tam razem z Danutą Szaflarską, Janem Kreczmarem, Andrzejem Gawrońskim. We włoskim dramacie „Następcy tronów” , też w reżyserii Zofii Dybowskiej-Aleksandrowicz dublowałam Claudię Cardinale. W późniejszych latach z Zosią pracowałam przy filmie „Zerwanie” Claude Chabrola gdzie dubbingowałam Stephane Audran, Margaret Tyzak w serialu „Saga rodu Forsyte’ów” czy nestorkę rodu – Annę Strauss w serialu „Rodzina Straussów”.
Zofia Dybowska-Aleksandrowicz była bardzo elokwentna, wygadana, kochała ludzi i dużo im pomagała. To była osoba o wielkim, szlachetnym sercu. Pomagała różnym ćpunom, ale nie dawała im pieniędzy tylko coś do jedzenia, coś do ubrania. Kiedy odnawiano Stare Miasto i kamienice były w rusztowaniach, włamano się do jej domu i zamordowano ją i jej mamę. Do dziś nie złapano sprawców tej zbrodni.

Obrazek
Barbara Wrzesińska (foto Maciej Grochala)

ZD - Mówiliśmy o rolach w teatrze, w dubbingu a nie wspomnieliśmy o pani rolach filmowych. Moją ukochaną pani rolą była rola Anny w „Strukturze kryształu” Krzysztofa Zanussiego.

BW - Krzysztof Zanussi zobaczył mnie w teatrze w „Kotce na torach”. Grałam tam kobietę w jakimś takim niedobrym stanie życiowym i taka mu się tam spodobałam. Zadzwonił do mnie i spytał czy nie zagrałabym w jego filmie do którego on szuka aktorki. Umówiliśmy się w jakiejś kawiarni. Wystroiłam się, wymalowałam, dorysowałam sobie rzęsy, przecież nie miałam pojęcia co to za film. Zanussi jak mnie zobaczył to zbladł.
- Pani Barbaro, ja przepraszam ale zadzwonię do pani jak będę kręcił jakiś film o bohemie, to wtedy do pani zadzwonię. Teraz szukam aktorki do roli wiejskiej nauczycielki.
Spojrzałam na niego i od razu zapałałam do niego sympatią.
- Proszę pana, ja mam takiego małego synka, Pawełka, to proszę przyjść do mnie rano, zanim wyjdę do dubbingu to pan zobaczy jak ja wyglądam. A ja przysięgam, że do toaletki nawet nie podejdę.
Następnego dnia dzwonek do drzwi. Otwieram - Zanussi.
Nagle słyszę z pokoju: - Mama, kupa!
Krzysiek na to – Odetchnąłem. Mam swoją Annę.
Później bardzo się z nim zaprzyjaźniłam.
Kiedy tak patrzę wstecz, to mogę powiedzieć, że miałam dużo szczęścia. Myślałam, że znaleźli mi szalik a otrzymałam etat w najlepszym wtedy w Polsce Teatrze. Etat – wielkie słowo, oni mi nie mogli wtedy pensji płacić bo byłam wtedy jeszcze niepełnoletnia i nie miałam wykształcenia. W Teatrze siedział prawnik i całymi dniami kombinował jak mi tu wypłacić pensję. Sukces jaki odniosłam budził potworną zawiść. Jesteśmy takim narodem, że wady możemy jeszcze od biedy wybaczyć (no tak on bije dzieci i żonę, ale to jest dobry chłop), ale zalet to my nie darujemy. Kiedy były próby mojego debiutu to już wtedy dostałam list, który mi wręczył portier w przerwie między próbami, w nim „życzliwy” donosił, że dostałam rolę bo przespałam się z dyrektorem. Ba, przespałam się nawet z elektrykiem, żeby mnie lepiej oświetlał na scenie. A moje doświadczenia seksualne były wtedy takie, że w gimnazjum, jak mnie Jurek odprowadzał po zabawie szkolnej, to pod jabłonką, która rosła przed naszym domem, i jak nikogo nie było, to on mnie wtedy całował. Jednak muszę powiedzieć, że szczęście moje polegało na tym, że spotkałam w moim życiu wielu ludzi dobrych, szlachetnych. Samo to, że ich poznałam było czymś wielkim dla mnie.

Obrazek
"Struktura kryształu" Barbara Wrzesińska i Andrzej Żarnecki

W latach 60-tych moje życie wyglądało tak, że o ósmej rano biegałam do dubbingu, o dziesiątej – próba w teatrze, dwu godzinna przerwa na obiad, później nagrania w telewizji. Często deprecjonowano moją pracę – „to taka aktorka z kabaretu” – a ja przecież byłam wtedy nagrodzona za rolę w teatrze za „Lucy Crown” Irwina Shaw’a. Często zapraszali mnie studenci z łódzkiej filmówki, bym zagrała w ich etiudach. Niestety, terminy przedstawień teatralnych nigdy mi na to nie pozwoliły. Aż pewnego dnia dzwoni do mnie, jeden z zaprzyjaźnionych studentów i mówi mi jak to w szkole przerabiano kręcenie scen miłosnych. Wykładowcą był Wojciech Has i on mówi tak:
- Kiedy reżyserujecie scenę miłosną, to ma być tak zagrane, jak zagrała to Wrzesińska z Kamasem w scenie z oranżerii.
To była scena z serialu „Lalka” gdzie grałam panią Wąsowską, ale ... do tej pory nie wiem co tam było w tej oranżerii, bo tak jakoś się złożyło, że nie oglądałam tego serialu. Ale byłam z tego dumna.

Obrazek
Serial "Lalka", Barbara Wrzesińska i Jerzy Kamas

ZD - Pani Barbaro, pięknie dziękuję za rozmowę.
Warszawa 2022

Obrazek
Kadr z filmu "Nagrody i odznaczenia".

Obrazek
Zbigniew Dolny, Barbara Wrzesińska i Maciej Grochala, Gdynia Orłowo 2023
Poszukuję filmów i seriali aktorskich do których polski dubbing powstał na zlecenie Canal+, TVP bądź Wizji Jeden. Poszukuję także taśm 16mm z filmami aktorskimi które otrzymały kinowy dubbing a który nie został nigdzie wydany. Dotyczy to produkcji wyświetlanych w kinach do lat 90.

Jeśli nagranie dubbingu jest na taśmie szpulowej to jestem w stanie przegrać go na DVD. Przegranie nośnika VHS lub taśmy 16mm nie stanowi problemu.

Sam staram się kolekcjonować polskie dubbingi do produkcji aktorskich i w swoich zbiorach mam wiele unikatów które nie są nigdzie dostępne. Z chęcią się wymienię za nagrania których nie mam a które mnie interesują. Proszę o kontakt na mojego maila:

dezerter_poczta@op.pl

ODPOWIEDZ