Tomasz Grochoczyński - aktor teatralny, filmowy, dubbingowy, reżyser

Forum poświęcone twórcom dubbingu: reżyserom, dialogistom, dźwiękowcom, montażystom itd.
Zbigniew Dolny
Prawdziwy ekspert
Posty: 404
Rejestracja: 15 gru 2011, o 01:28

Tomasz Grochoczyński - aktor teatralny, filmowy, dubbingowy, reżyser

Post autor: Zbigniew Dolny » 7 lip 2022, o 21:45

Obrazek
Tomasz Grochoczyński (26.03.1948)
(foto. Maciej Grochala)

Moim dzisiejszym rozmówcą jest osoba szczególna: Tomasz Grochoczyński – aktor teatralny, filmowy, dubbingowy, reżyser teatralny i dubbingowy. Był dyrektorem i kierownikiem artystycznym Teatru im. Szaniawskiego w Płocku, kierownikiem artystycznym Teatru Impresaryjnego we Włocławku. Pedagog – od 1970 do 1996 r. był wykładowcą na PWST w Warszawie. W latach 2008-2012 był dziekanem wydziału aktorskiego Akademii Teatralnej a w latach 2012-2016 prorektorem do spraw studentów.
Należy do Związku Artystów Scen Polskich od 1971 roku. Pełnił funkcje Przewodniczącego Rady Programowej przy ZG ZASP, był Przewodniczącym Oddziału Warszawskiego, Skarbnikiem Zarządu Głównego ZASP, obecnie jest członkiem Zarządu Sekcji Dubbingu i Przewodniczącym Sądu Koleżeńskiego ZASP. Jego działalność na rzecz artystów została nagrodzona honorowym wyróżnieniem Członka Zasłużonego ZASP.
Pasjonat wędkarstwa. Jest członkiem Polskiego Związku Wędkarzy od 1973. W 1999 na antenie Naszej TV prowadził magazyn wędkarski „Na ryby”. Jak sam mówi o sobie „Jestem leniwy więc stosuję zasadę „złów i wypuść”.”


Zbigniew Dolny – Panie Tomku jak to się stało, że trafił pan do szkoły teatralnej.

Tomasz Grochoczyński - Aktorem zostałem przez lekką pomyłkę. Ponieważ posiadałem pewne zdolności plastyczne złożyłem papiery na trzy uczelnie: na Akademię Sztuk Pięknych gdzie przyjęto teczkę z moimi pracami; na Uniwersytet na historię sztuki i na końcu do PWST. Jak się potem okazało egzaminy były w różnych terminach. Pierwszy termin był w PWST, poszedłem na egzamin i o dziwo, z przygodami, zostałem przyjęty. Egzaminy trwały około dwóch tygodni a po nich byłem już tak zmęczony, że nie chciało mi się już iść na ASP ani na tę historię sztuki. Poza tym pomyślałem, że jak się tam dostanę to komuś zajmę miejsce.
Anegdota jest taka, że kończyłem liceum im. Ludowego Lotnictwa Polskiego, była to Szkoła Tysiąclecia wybudowana przez dowództwo wojsk lotniczych, której oficjalna nazwa brzmiała: „Ośrodek Szkolno-Wychowawczy”. Ówczesna dziekan pani Rena Tomaszewska, dowiedziałem się o tym później, przed moim wejściem powiedziała: - Proszę państwa, proszę o ciszę, będziemy mieli kogoś z poprawczaka.
Moja mama pracowała w Ministerstwie Kultury i Sztuki i dowiedziała się, że dostałem się do PWST, od swojego dyrektora administracyjnego. Był to rok 1966.
Aleksander Bardini , Marian Wyrzykowski, Jan Kreczmar, Stanisława Perzanowska, Ludwik Sempoliński, Kazimierz Rudzki, Zofia Małynicz, Zofia Mrozowska, Ryszarda Hanin, to byli ludzie, którzy siedzieli za egzaminacyjnym stołem. Same legendy sztuki aktorskiej. Oni później nie uczyli nas aktorstwa, oni uczyli jak rozwijać swoją wyobraźnię. Na czwartym roku profesor Świderski robił z nami „Wiśniowy sad”. Jest tam rola Firsa, służącego, który umiera na scenie. No i Świder obsadził mnie w tej roli. W tym czasie chodziłem na Świętokrzyską do „Jadłodajni u Matysiaków”, popularnej wśród emerytów. Siadałem tam za stołem i podpatrywałem jak starsi ludzie się poruszają. Wszyscy profesorowie, których wcześniej wymieniłem, mieli jedną rzecz którą my– studenci- nienawidziliśmy. Wymagali opracowania zadanych scen. Człowiek męczył się ze sceną, nie spał przez dwa tygodnie, robił ją na różne sposoby, przychodził, pokazywał – a oni: to bardzo interesujące... ale może inaczej? Tak więc jeśli nie mieliśmy przygotowanych co najmniej trzech propozycji, nie szło się na zajęcia. Nie było o czym gadać.
Do tej roli przygotowałem sobie trzynaście propozycji chodu. Świder zemścił się na mnie w ten sposób, że wybrał chód Firsa poruszającego się bez odrywania nóg od ziemi, szurającego nimi. Do tego jeszcze powiedział: masz kłopoty z kręgosłupem, czyli gdy ktoś mnie wołał - musiałem się obrócić całym ciałem. Kiedy moi koledzy zeszli już ze sceny i obserwowali - ja byłem dopiero w połowie drogi. Tak to było.
Pedagogów miałem fantastycznych. Chciałbym jeszcze raz podkreślić, gdy teraz słyszę, że ktoś uczy aktorstwa to nóż w kieszeni mi się otwiera. Mimo, że Świder mówił, że jest to taki sam zawód jak krawca, uczono nas by to co mamy zagrać przełożyć na wyobraźnię. Można tak chodzić, można inaczej. Można tak usiąść, dla każdego stanu emocjonalnego można znaleźć kilka sposobów. Miałem takich reżyserów, których nazywałem pedagogami. Teraz – z całym szacunkiem dla młodych kolegów - jest różnie. Aktorzy z natury są leniwi, jeśli on wejdzie na punkt „A” i nie usłyszy od reżysera niczego innego, to tak będzie do premiery. Nie będzie się wysilał, natomiast reżyser-pedagog w pewnym momencie tej drogi musi nakierować aktora by ten wszedł na wyższy stopień, by wszedł na punkt „B”, potem na punkt „C”. Te schody mają być niekończące się i wtedy, moim zdaniem, można mówić o kreacji. Takie kreacje stwarzał Łomnicki.
Cztery lata studiów wspominam fantastycznie właśnie dzięki tym ludziom.

ZD – Ukończywszy studia nie rozstał się pan z uczelnią.

TG - W szkole teatralnej wykładałem od roku 1970 a w 1973 r. podpisałem umowę o pracę. Zaproponowano mi to, ponieważ jeszcze przed przyjściem do szkoły uprawiałem sportowo szermierkę, więc kiedy poszedłem na zajęcia do prof. Sławomira Lindnera (obrońcy Helu, który podczas wojny był więźniem oflagu w Woldenbergu razem z Kazimierzem Rudzkim, Leonem Schillerem, gdzie uczestniczył w jenieckim życiu teatralnym, był jednym z czterech adiutantów Grota-Roweckiego i był jednym z tych którzy podczas wojny odpierali ataki Niemców na bagnety), kiedy zobaczył co umiem, zaproponował mi pracę. Przez pierwsze trzy sezony dojeżdżałem z Poznania do Akademii Teatralnej gdzie byłem na umowie o dzieło. Po trzech latach zaproponowano mi etat i prowadziłem tam zajęcia aż do mojej emerytury. Ponieważ byłem specjalistą od szermierki proponowano mi pracę w telewizji i filmie przy układaniu scen szermierczych. W tym charakterze pracowałem w Polsce, Rosji, Francji i na Węgrzech. W mojej filmografii jest to ponad sto pozycji.
Po studiach dostałem propozycję angażu do Teatru Dramatycznego od mojego ukochanego profesora – Jana Świderskiego. Ale Świderski mówił – ja ci nic pewnego nie obiecuję. Wtedy z Poznania przyjechał Andrzej Ziębiński, który obejmował tam dyrekcję po Jerzym Zegarskim. Powiedział mi: chodź do Poznania, będziemy teraz wystawiali „Cud mniemany, czyli Krakowiacy i Górale” Bogusławskiego, „Kordiana” Słowackiego, „Niewidzialną kochankę” Calderona de la Barca, będziesz dużo grał.. Przez tydzień chodziłem pod tym Dramatycznym aż w końcu zdecydowałem – pójdę z tym do Świdra.
On basem – Co!... Chcesz zrezygnować?
- No tak.
- A gdzie idziesz?
- Do Poznania, obiecano mi że zagram Papkina w „Zemście”, Szatana w „Kordianie”. Będę miał sporo roboty.
- Pani Zosiu, proszę przynieść umowę pana Tomka. – otworzył szafkę, wyjął koniak – No to wszystkiego dobrego ci życzę.
W Poznaniu byłem trzy sezony. Podejrzewam, że gdyby nie zdrowie mojej mamy, które podupadało i to, że przyjechał Andrzej Jarecki, zobaczył przedstawienie w którym grałem i złożył mi propozycję: gdybym miał ochotę wracać do Warszawy to jest otwarty na rozmowy ze mną . Podejrzewam, że w Poznaniu jeszcze bym trochę został, bo prawdę mówiąc miałem tam dobrze. Grałem dużo, wtedy obowiązywały jeszcze tzw. „normy” a ja jako młody człowiek musiałem w ramach pensji (która wynosiła wtedy 1500 zł) zagrać 25 przedstawień w miesiącu, czyli musiałem grać prawie codziennie. Dopiero ponad-normówki , wszystkie przedstawienia powyżej tych 25 przedstawień były osobno płacone. Jednak często grało się i trzy przedstawienia dziennie i wtedy człowiek zarabiał niezłe pieniądze. Poznań wspominam fantastycznie.

Obrazek
Tomasz Grochoczyński (foto. Maciej Grochala)

W Warszawie trafiłem najpierw do STSu, znowu w towarzystwie wspaniałych kolegów. Byłem tu przez ostatnie dwa lata tego teatru, do czasu jak STS połączono z Rozmaitościami i Klasycznym. Wtedy było nas po połączeniu w Rozmaitościach stu pięćdziesięciu aktorów! Miałem znowu wspaniałych kolegów – Kalinę Jędrusik, Jerzego Duszyńskiego, Andrzeja Stockingera, Jerzego Turka, Zdzisława Maklakiewicza, Elżbietę Starostecką. Była tam świetna atmosfera, byliśmy bardzo zżyci, chciało się być razem. Teraz jest czasem inaczej. Parę lat temu zostałem zaproszony na gościnne występy do Teatru Polskiego i zauważyłem, że koledzy aktorzy, zwłaszcza ci młodsi, wpadali tam w ostatniej chwili. Po ukłonach, ja – najstarszy w tym towarzystwie – jeszcze nie zdążyłem się rozebrać a ich już nie było. Wtedy jednak przychodziliśmy co najmniej godzinę przed przedstawieniem a po wyjściu z teatru wpadaliśmy do SPATIFu i STSu. Kiedy chciało się kogoś spotkać to był on pewno w SPATIF-ie, który był otwarty do drugiej w nocy, albo w STS-ie do ostatniego klienta. Czasami było tak, że było się w STS-ie do 7 rano, później spało się na dechach a o dziesiątej próba w teatrze.
Później podziękowano Andrzejowi Jareckiemu za dyrekcję, jak mówi plotka, w dosyć nieładny sposób. Na jego miejsce przyszedł kolega Andrzej M. Marczewski, wygłosił expose po którym wstałem, poszedłem na górę do pani sekretarki i złożyłem wymówienie. Wyszedłem z teatru załamany – Boże co ja będę robił? A tu nagle telefon – pani Olga – słyszałam, że zrezygnowałeś. Angażuję cię. I tak wylądowałem w Teatrze Komedia u pani Olgi Lipińskiej. Bardzo sobie chwalę ten okres. Byłem tam dobrych kilka lat. Byłbym tam dalej ale w jakiejś rozmowie zapytano Ignacego Gogolewskiego, wtedy zmieniała się dyrekcja w Płocku, kogo by on widział na stanowisku dyrektora. Powiedział – najlepiej jak będzie to młody człowiek i ponieważ mnie darzył dużą sympatią, wymienił moje nazwisko. Dostałem telefon, żebym przyjechał na konkurs. Pojechałem tam. Konkurs odbywał się wtedy na ulicy Kościuszki w Płockim Wojewódzkim Komitecie Centralnym. Tego dnia były trzy przesłuchania, moje jako kandydata na dyrektora teatru, było też przesłuchanie na dyrektorów Petrochemii Płockiej i Zakładów Przemysłu Dziewiarskiego „Cotex”. Kandydatów na dyrektora teatru było ośmiu i każdy z nas miał przesłuchanie innego dnia. Rozpoczęło się moje przesłuchanie gdy jeden z towarzyszy wstał i mówi – Proszę towarzyszy, nie wiedziałem, że my na stanowiska dyrektorskie promujemy towarzyszy bezpartyjnych. - To do mnie, bo nigdy nie należałem do wiodącej siły narodu. Na co wstałem, wziąłem plecak i wyszedłem. Wychodzę z gmachu tego Komitetu Centralnego i słyszę wołanie – Panie Tomku niech pan wraca. Na balkonie Pierwszy Sekretarz woła bym wrócił. Wróciłem, egzamin potoczył się dalej, potem pojechałem do Warszawy. Jestem na jakiejś próbie i dostaję telefon – Panie Tomku, gratuluję, został pan wybrany na dyrektora Teatru Jerzego Szaniawskiego w Płocku.
Wtedy się zdenerwowałem – przede mną rozmowa z Olgą Lipińską a była ona surowym dyrektorem. Olga mnie lubiła gdyż nigdy nie odmawiałem jej w awaryjnych sytuacjach jak zastępstwa itp. Umówiłem się do niej na rozmowę – Pani Olgo, chciałem odejść.
- Co?! Wykluczone. To jest niemożliwe.
- Ale ja zostałem dyrektorem Teatru w Płocku.
- Co?! ... Siadajcie kolego dyrektorze.
Fantastyczna kobieta.
W Płocku byłem pięć lat i były to kolejne wspaniałe lata w mej karierze. To, że mogłem podjąć tam pracę zawdzięczam też mojej żonie, która wyraziła na to zgodę. Została w Warszawie z dwójką małych dzieci a ja byłem niedzielnym tatusiem.

Obrazek
Zdjęcie z filmu "Biały mazur" - Tatiana Sosna-Sarno i Tomasz Grochoczyński.

ZD – Od połowy lat 70-tych grał pan też w filmach fabularnych. Szczególnie zaciekawiła mnie pana rola w filmie legendy polskiej kinematografii, Wandy Jakubowskiej „Biały mazur”.

TG - Na zdjęcia próbne do „Białego mazura” zaprosiła mnie pani Wanda Jakubowska, która później była na moim ślubie. Była taką naszą mamusią. Zaproponowano mi zupełnie inna rolę a Waryńskiego miał zagrać Jerzy Radziwiłowicz. Kiedy usiadłem na fotelu charakteryzatorki, ta spojrzała na mnie z jednej, potem z drugiej strony. Kazała mi podnieść głowę do góry i zaczęła mnie charakteryzować, później kazała mi spojrzeć w lustro. Spojrzałem i zaniemówiłem. Wanda Jakubowska spojrzała na mnie i zdumiona wydała z siebie okrzyk – O! W ten sposób wykolegowałem z roli kolegę Radziwiłowicza i zagrałem rolę Waryńskiego. Skończyło się to tym, że koledzy dawali mi trzy złote na flaszkę wódki, bo wtedy 103 złote kosztowało pół litra. Na banknocie 100 złotowym był Waryński, więc dorzucali mi trzy złote i mówili „... no to skocz po flaszkę..”.
Zdjęcia kręciliśmy przez rok, kręciliśmy w Rosji, w Szlisselburgu, w Warszawie, Tarnowie, Łodzi – to była fantastyczna przygoda i nie wypieram się tego filmu. Wolałem grać Waryńskiego niż Dzierżyńskiego, którego później w innym filmie zagrał Piotr Garlicki. Pani Wandeczka była fantastycznym reżyserem – dzień zaczynała od koniaku Soberano. W swoim pokoju miała skrzynkę hiszpańskiego koniaku Soberano i sukcesywnie wprowadzała go do organizmu. Na plan przyjeżdżała ostatnia a kiedy była przerwa - chodziła i sprawdzała czy ostatni statysta je, czy wszyscy jedzą. Dopiero potem sama jadła. Cała ekipa filmowa ją kochała.

Obrazek
Tomasz Grochoczyński w roli Ludwika Waryńskiego w filmie "Biały mazur".

ZD – Przejdźmy teraz do jeszcze jednej dziedziny działalności artystycznej w której jest pan mistrzem – do dubbingu.

TG - W dubbingu pojawiłem się będąc na czwartym roku studiów. Zaprosiła mnie do siebie, na Nabielaka, tam było wtedy studio dubbingowe, pani Zofia Dybowska-Aleksandrowicz. W studiu był jeden mikrofon i jeśli w scenie brało udział np. pięciu , czy więcej aktorów, szczególnie jak się nagrywało tzw. gwary – wszyscy robili uniki, siady, kuce itd. Wchodzę do studia a tam przy mikrofonie stoi Jan Świderski, Zdzisław Tobiasz i Zofia Mrozowska. Kolana się pode mną ugięły. Zaczynamy – wychodzi mi nieczysto. Zaczynamy jeszcze raz. Znowu skucha. Widzę, że Świderskiemu zaczyna latać grdyka – a znałem ich doskonale, przecież to moi profesorowie. Za trzecim razem to samo, wtedy Świder mówi – Panie kolego, pan potrenuje a ja zapraszam kolegów na kawę.
Było to ewenementem, bo on się liczył z groszem.
Zosia Dybowska zrobiła wielkie oczy, Tobiasz też - a ja przy mikrofonie trenuję nadal. I wtedy pani Dybowska-Aleksandrowicz powiedziała mi uwagę, którą później powtórzyła mi jej córka i którą ja powtórzyłem kiedy zacząłem reżyserować. Pani Zofia powiedziała do mnie: baw się. To mnie ustawiło. Poszło jak z płatka. To był film aktorski, ja jednak wolę grać w tych animowanych. Mogę zagrać sznurówkę, buta, spodek – dla mnie to jest ciekawsze. Grywałem w dubbingu w filmach aktorskich, jednak bardziej cieszyły mnie te animowane.
Kiedy powróciłem z Płocka to nie mogłem znaleźć nigdzie pracy. Na byłego dyrektora patrzano trochę dziwnie, jako aktor – w Warszawie – też ciężko. Nastały ciężkie czasy, zostałem bez środków do życia. Wtedy pomogła mi Miśka Aleksandrowicz. Zaangażowała mnie do siebie i szło mi to z wielkim trudem, wtedy znów usłyszałem: baw się - i jakoś to poleciało. Pracowałem z Joanną Wizmur, Krzysztofem Kołbasiukiem, Dorotą Kawęcką, Andrzejem Boguszem, Ewą Kanią, Pawłem Galią i jakoś tam się odnalazłem.
Kiedyś grałem bociana w dubbingu reżyserowanym przez Krzysztofa Kołbasiuka. Zanim zaczęliśmy grać, Krzysztof wziął mnie do siebie i opowiedział cały życiorys bociana. W filmie okazało się, że bocian tylko leciał i robił „kle, kle, kle” – nic więcej ale ja znałem jego życiorys. Krzysztof był niesamowity.
W pewnym momencie ktoś spytał czy nie chciałbym się zająć reżyserią. Zgodziłem się. W mojej pracy miałem prosty podział na aktorów których się reżyseruje, których się nie reżyseruje i których się nie bierze. To był mój podział. Aktorzy których się nie reżyseruje to Olesiński, Boberek, Jarosław Domin. Przychodzili oni do studia, patrzyli na tekst i już wiedzieli co mają grać. Tak więc zaczynałem od ról amantów a teraz ponieważ mam swoje lata to przerzuciłem się na role staruchów, dziadków, gram stare ołówki, pudełka, stare samochody – co też sprawia mi dużą przyjemność.

Obrazek
Na zdjęciu: Zbigniew Dolny i Tomasz Grochoczyński (foto Maciej Grochala)
Poszukuję filmów i seriali aktorskich do których polski dubbing powstał na zlecenie Canal+, TVP bądź Wizji Jeden. Poszukuję także taśm 16mm z filmami aktorskimi które otrzymały kinowy dubbing a który nie został nigdzie wydany. Dotyczy to produkcji wyświetlanych w kinach do lat 90.

Jeśli nagranie dubbingu jest na taśmie szpulowej to jestem w stanie przegrać go na DVD. Przegranie nośnika VHS lub taśmy 16mm nie stanowi problemu.

Sam staram się kolekcjonować polskie dubbingi do produkcji aktorskich i w swoich zbiorach mam wiele unikatów które nie są nigdzie dostępne. Z chęcią się wymienię za nagrania których nie mam a które mnie interesują. Proszę o kontakt na mojego maila:

dezerter_poczta@op.pl

ODPOWIEDZ